Rozpoczął się czerwiec, a więc miesiąc, w którym poznamy ostateczny układ tabeli krajowej elity po sezonie zasadniczym Ligi Futbolu Amerykańskiego. W najbliższy weekend poznamy najprawdopodobniej triumfatora grupy B LFA1, będziemy także świadkami hitów w Białymstoku i Tychach oraz boju o udział w fazie play-off na drugim poziomie rozgrywkowym.

Sobota, 2 czerwca, godzina 12:00
LFA1
Lowlanders Białystok – Panthers Wrocław

Pierwszy mecz 11. kolejki i od razu hit. Starcie na Podlasiu zapowiada się najciekawiej spośród wszystkich czterech meczów LFA, jakie czekają nas w najbliższy weekend. Kibice z Białegostoku wreszcie doczekają się ponownej wizyty Panter w swoim mieście. Zespół z Dolnego Śląska poprzednie wyjazdowe starcie z Lowlanders w 2015 roku może wspominać bardzo dobrze, biorąc pod uwagę, że wygrali wówczas aż 49:0. Białystok okazał się również bardzo szczęśliwy dla podopiecznych Nicka Johansena na koniec sezonu 2016. To właśnie tam wrocławianie świętowali swoje pierwsze w historii mistrzostwo Polski, pokonując Seahawks Gdynia 56:13. Teraz jednak wynik powinien być zdecydowanie mniej jednostronny. Ludzie z Nizin w tegorocznej kampanii pokazują, że stać ich na osiągnięcie upragnionego awansu do finału. Już na starcie sezonu, mimo niesprzyjających warunków pogodowych, podopieczni Johna Douglasa Harpera, potrafili nawiązać z mistrzami Polski równą walkę, do przerwy przegrywając zaledwie 7:9. Po powrocie z szatni jednak Panthers mocniej zaatakowali i “Snow Bowl” zakończyło się ostatecznie rezultatem 37:13 na korzyść gospodarzy tamtego spotkania. Teraz to Lowlanders zagrają u siebie i choć zdają sobie sprawę, że zdecydowanym faworytem będą przyjezdni, nie zamierzają tego prestiżowego starcia odpuszczać. Bezpośredni rywale Ludzi z Nizin w grze o półfinał u siebie, Seahawks Gdynia, w ostatni weekend dostali od Panthers srogą lekcję, jaką jest porażka 7:35 i białostoczanom zależy, by zaprezentować się zdecydowanie lepiej niż Jastrzębie. Futbolowi obserwatorzy na początku sezonu chwalili znakomitą defensywę Lowlanders, lecz widzimy, że białostoczanie zdołali już także znacznie poprawić swoje osiągnięcia w ataku. Wystarczy wspomnieć, że w ostatnich dwóch meczach, Ludzie z Nizin zdobyli aż 106 punktów, tracąc przy tym zaledwie 14, co na pewno pozytywnie wpłynęło na nastawienie gospodarzy sobotniego hitu.

Po pierwsze, w sobotę będą dużo lepsze niż ostatnio warunki pogodowe dla obu drużyn, by rozegrać dobre zawody, a co najważniejsze uniknąć kontuzji. Po drugie, jesteśmy na pewno bardziej zgrani, a nowi zawodnicy mogli lepiej wkomponować się w system i nabrali pewności siebie. O ile pierwszy mecz pokazał, że defensywa stanowi u nas mocny punkt, to ofensywa z meczu na mecz musiała poprawiać skuteczność. Każdy mecz u siebie, nie ważne czy grasz z drużyną słabszą czy mistrzem Polski, jest dla nas bardzo ważny i pomaga lepiej się przygotować. Wszyscy dobrze wiemy jak wyglądało to do tej pory z Panthers, gdzie 2-3 razy w sezonie odwiedzaliśmy Wrocław i ile takie podróże wymagają wysiłku. Z drugiej strony jest to także okazja dla naszych kibiców, by mogli zobaczyć świetne sportowe widowisko, bo wierzę, że oba zespoły się o to postarają. Nasze ostatnie mecze pokazały, że potrafimy grać w futbol, potrafimy realizować założenia przedmeczowe i co najważniejsze, przestajemy sami sobie przeszkadzać na boisku. Panthers Wrocław to jest zespół, który do każdego meczu podchodzi z prostym założeniem – wygrać. Jeśli chcemy zyskać szacunek w Polsce i nie być ciągle “numerem 3”, to także musimy wychodzić na boisko z jednym celem. To nie jest sport dla minimalistów. Panthers Wrocław są tak samo ludźmi jak my, więc nie widzę tu powodu, dla którego mielibyśmy wyjść na boisko i pogratulować im zwycięstwa. Myślę, że dla nas, białostoczan, inspiracją mogą być zawodnicy Jagiellonii, którzy pokazali, że pieniądze i nazwiska nie grają. Moi chłopcy wiedzą ile przeszli, ile musieli poświęcić, by zrealizować swoje marzenia. Chciałbym, by je spełnili 2 czerwca, bo zasługują na to jak mało kto – powiedział przed tym niezwykle ważnym dla Lowlanders spotkaniem, prezes klubu, Piotr Morko.

Mimo licznych, zasłużonych pochwał w stronę zespołu z Białegostoku, nie należy zapominać że to Panthers Wrocław jawią się na zdecydowanego faworyta tego starcia. Mistrzowie Polski są obecnie “w gazie”, a łatwe pokonanie Seahawks Gdynia tylko utwierdziło nas w tym przekonaniu. Panthers są już innym zespołem, niż 17 marca, kiedy w śnieżnej aurze podejmowali Lowlanders. To właśnie wówczas bardzo poważnej kontuzji doznał Adam Nelip, którego w tym roku na pewno nie zobaczymy już w grze. Przyłożenie Ludziom z Nizin wbił wówczas utalentowany Damian Kwiatkowski, który także zmaga się z urazem. Wrocławianie dysponują jednak tak szeroką kadrą, że są w stanie “dziury” w składzie zapełnić choćby utalentowanymi wychowankami. Pantery mają już pewny udział w meczu półfinałowym, jednak nie ma mowy o oszczędzaniu się przed fazą play-off. Zawodnicy z Dolnego Śląska pożegnali się już z europejskimi pucharami, dlatego pozostała im już tylko walka na krajowym podwórku, gdzie smaku porażki nie zaznali od 23 spotkań. Starcie z Lowlanders Białystok ma być dla mistrzów Polski ostatecznym potwierdzeniem faktu, że w Polsce nikt nie jest jeszcze w stanie zbliżyć się do nich poziomem.

– Czy mecz z Lowlanders może być dla nas trudniejszy niż ten z Seahawks? Tak naprawdę ciężko powiedzieć. Na pewno będzie to nie mniejsze wyzwanie niż mecz z wicemistrzem. Te drużyny prezentują bardzo wyrównany poziom. Wydaje mi się, że Lowlanders mają coś do udowodnienia w tym sezonie, tak więc ich motywacja może zrobić ewentualną różnicę. Natomiast ja jako zawodnik Panthers z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że jedziemy do Białegostoku dać pokaz dobrego futbolu i pokazać z kim tak naprawdę gra się najtrudniej. Jesteśmy odpowiednio przygotowani na naszego rywala pod względem taktycznym defensywnie, jak i ofensywnie. Nie wydaje mi się żeby białostoczanie pokazali coś, czego nasza drużyna jeszcze nie widziała. Ich obrona gra twardo, to prawda, czasem nawet zbyt twardo… Ale statystyki nie kłamią, najlepszą defensywę w LFA mają Panthers Wrocław. Trenowanie z nimi na co dzień daje komfort podczas meczów ligowych. Tak więc nie spodziewam się większych problemów po stronie ofensywnej w tym spotkaniu – przewiduje Wiktor Zięba, który zaprezentował się bardzo dobrze w ostatnim meczu ligowym przeciwko Seahawks, za co został nawet wybrany do ofensywnej jedenastki kolejki LFA.

Sobota, 2 czerwca, godzina 15:00
LFA1
Rhinos Wyszków – Warsaw Sharks

Stawką meczu w Wyszkowie będzie fotel lidera grupy B LFA1. Zarówno Nosorożce, jak i Rekiny mają po pięciu rozegranych spotkaniach bilans 3-2, lecz w tym sezonie nie miały okazji mierzyć się jeszcze ze sobą w bezpośrednim starciu. W ubiegłym roku dwukrotnie lepsi okazali się futboliści ze stolicy, lecz wszyscy są świadomi, że nie można oglądać się na to, co działo się w przeszłości. Wyszkowianie będą mogli w sobotę liczyć na doping własnych kibiców, zgromadzonych na pięknym futbolowym obiekcie i na pewno tanio skóry nie sprzedadzą. Rhinos swój ostatni mecz rozegrali 13 maja, więc mieli sporo czasu na wytrenowanie nowych rozwiązań w ataku, a przede wszystkim zgranie Daniela Krwaca, występującego od niedawna na pozycji rozgrywającego, z resztą ofensywy. Będzie przed nimi stało bardzo trudne zadanie, lecz wciąż tląca się nadzieja na wygranie grupy na pewno zadziała mobilizująco.

Zdecydowanym faworytem będą w sobotę jednak Sharks, którzy wśród rywali z grupy B nie mieli sobie jeszcze równych. Przed dwoma tygodniami efektownie uporali się oni 40:21 z AZS UWM Olsztyn Lakers, którzy – co warto przypomnieć – byli w stanie w tym sezonie wygrać z Rhinos. Coraz lepiej w szeregach Rekinów prezentuje się amerykański rozgrywający Bradley Jones, który został zresztą wybrany MVP wspomnianego starcia z olsztyńskimi Jeziorowcami. Do tego w pełni sił są już kluczowi gracze defensywy, więc forma Sharks rośnie na pewno z każdym kolejnym tygodniem, a potyczka w Wyszkowie to dla ekipy ze stolicy idealny moment, by pokazać jak wiele udało się w tym roku poprawić w grze Rekinów.

Niedziela, 3 czerwca, godzina 13:00
LFA1
Tychy Falcons – Seahawks Gdynia

Sokoły mają swoim kibicom, a przede wszystkim sobie, coś do udowodnienia. Na starcie sezonu Falcons ulegli bowiem w Gdyni tamtejszym Jastrzębiom aż 14:40, co tłumaczono kilkunastogodzinną podróżą autokarem i brakiem regeneracji po niej. Teraz przed własną publicznością podopieczni Michała Kołka mają zatem okazję udowodnić, że Seahawks wcale nie są zespołem poza ich zasięgiem. Tyszanie wciąż czekają także na poznanie smaku zwycięstwa nad ekipą z grupy A. Jak dotąd wszystkie starcia z klubami z TOP3 w naszym kraju kończyły się wysokimi porażkami. Ta ostatnia miała miejsce w Białymstoku, gdzie Sokoły pojechały w bardzo okrojonym składzie, nie liczącym nawet 30 osób. Skończyło się 14:48, z czego na pewno Falcons nie mogą być dumni. Teraz czeka ich mecz domowy, więc o głębię składu nie powinno być już tak trudno, a trudna podróż tym razem jest przed ich najbliższymi rywalami. Niedzielny mecz pokaże, kto lepiej radzi sobie z trudami autokarowych wycieczek na drugi koniec kraju, ale przede wszystkim także kto jest zespołem zdecydowanie lepszym.

Seahawks mają bardzo napięty grafik. Ostatnią zakończoną dotkliwą porażką podróżą do Wrocławia rozpoczęli bowiem serię trzech dalekich wyjazdów. Po Tychach czeka ich jeszcze odwiedzenie Belgradu, gdzie już 10 czerwca staną przed szansą sięgnięcia po pierwsze w swojej historii międzynarodowe trofeum. W finale CEFL Cup zawodnicy Macieja Cetnerowskiego podejmą Vukovi Beograd z Serbii i wcale nie stoją na straconej pozycji. Obecnie jednak w głowach Jastrzębi jest tylko najbliższy rywal, który będzie chciał pokazać się z dobrej strony w swoim ostatnim domowym meczu sezonu zasadniczego. Seahawks nie będą odpuszczać, ale na pewno trener wicemistrzów Polski będzie miał w głowie następny mecz, dlatego mamy nadzieję, że obejrzymy twardą, lecz nie skutkującą kontuzjami grę. Gdynianie wciąż są wiceliderem grupy A z zaledwie dwoma przegranymi starciami z Panthers. Falcons natomiast zamykają stawkę i tyle razy udało im się wygrać, do czego po sześciu rozegranych spotkaniach muszą dorzucić cztery porażki. Faworyt może być zatem tylko jeden, choć liczymy na mobilizację gospodarzy do korzystnego zaprezentowania się na oczach własnych fanów.

Niedziela, 3 czerwca, godzina 14:30
LFA2
Green Ducks Radom – Rzeszów Rockets

Pasjonująco zapowiada się rywalizacja w grupie A zaplecza elity. Ze sporą przewagą stawce przewodzą Tytani Lublin, a Green Ducks Radom i Rzeszów Rockets pozostanie zapewne walka o drugą lokatę, dającą przepustkę do półfinału LFA2. Jak zwykle faworyta na wschodzie drugiej ligi bardzo trudno wskazać. Obie ekipy po trzech meczach legitymują się bilansem 1-2, co tylko potwierdza to stwierdzenie. Pierwsze tegoroczne bezpośrednie starcie Zielonych Kaczorów z Rakietami miało miejsce w Rzeszowie i lepiej wspominają je goście zbliżającego się meczu. Radomianie do czwartej kwarty przystępowali wówczas prowadząc 19:18, czego nie zdołali jednak dotrzymać do końcowego gwizdka. Dwie niemal identyczne akcje podaniowe Austina Cartera i Jakuba Chlebicy przyniosły dwa przyłożenia i Green Ducks pozostali wówczas z jedną wygraną – nad Tytanami w pierwszej kolejce.

Rockets są w rytmie meczowym, ponieważ ich ostatni pojedynek został rozegrany kilka dni temu. Tym razem to jednak rywal zdołał w drugiej połowie przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. W domowym starciu z Tytanami do przerwy oglądaliśmy remis 10:10, lecz fatalne w skutkach błędy rzeszowian doprowadziły do triumfu aktualnego lidera grupy A. Kluczem do zwycięstwa Rakiet może okazać się jeszcze lepsza niż w poprzednich pojedynkach postawa linii ofensywnej. Amerykanin Austin Carter pokazał już bowiem, że potrafi celnie podać. Koledzy jednak nie ułatwiali mu zadania i quarterback zza Oceanu musi często ratować się uciekaniem do tyłu, czy akcjami biegowymi. Jeśli tylko dostanie kilka sekund na posłanie dokładnego podania, Green Ducks będą mieli z nim ogromne problemy. Zapowiada się znakomite widowisko, w którym wytypowanie triumfatora jest niezwykle trudnym zadaniem. Umiejętności i możliwości obu ekip zweryfikuje bez dwóch zdań boisko.

Mariusz Kańkowski
Biuro Prasowe LFA

Foto: Łukasz Skwiot