Ogromną stawkę miało dzisiejsze starcie AZS UWM Olsztyn Lakers z Angels Toruń. Obie ekipy nie mogły być pewne pozostania w krajowej elicie futbolowej, co tylko bardziej zmotywowało zawodników, którzy zaserwowali olsztyńskim kibicom widowisko trzymające w napięciu do ostatnich sekund. Zwycięsko wyszli z niego gospodarze, którzy z nawiązką odrobili w końcówce straty i ostatecznie triumfowali 30:23.

Jeziorowcy w dzisiejszym starciu musieli radzić sobie bez Luke’a Zetazate, który w ostatnim meczu z Warsaw Sharks doznał kontuzji kostki i czeka go w najbliższym czasie operacja. Kanadyjczyk wspierał jednak zza linii bocznej Przemysława Banata, który zastąpił go na pozycji rozgrywającego. Doświadczony quarterback na pewno nie mógł mieć zarzutów do postawy utalentowanego nominalnego wide receivera. Korpus skrzydłowych Lakers wzmocnił dzisiaj natomiast drugi z zagranicznych graczy, Davarus Shores, którego standardowo oglądaliśmy także na pozycji defensive backa. Już pierwsza seria ofensywna gospodarzy zakończyła się przyłożeniem Adriana Dąbrowskiego po krótkiej akcji podaniowej. Podwyższył za jeden punkt Piotr Gołacki. Toruńskie Anioły, które przegrały wszystkie pięć spotkań w tym roku i muszą walczyć o utrzymanie, starcie z olsztynianami rozpoczęli fatalnie. Ich pierwsza ofensywna akcja zakończyła się safety dla gospodarzy. Przez zły snap, nowy rozgrywający i jednocześnie trener główny Matthew Kershey musiał cofnąć się po piłkę aż w pole punktowe, a tam błyskawicznie powaliło go dwóch defensorów Lakers, dodając do konta swojej ekipy dwa punkty. Piotr Gołacki w końcówce pierwszej kwarty próbował również ponad 50-jardowego kopnięcia z pola, co zostało jednak zablokowane przez rywali. W drugiej części meczu Angels zmniejszyli straty. Krótka akcja podaniowa zakończyła się przyłożeniem Mateusza Freli, podwyższonym przez Tomasza Goździka. W odpowiedzi zawodnicy z Warmii również zameldowali się w polu punktowym. 37-jardowa akcja podaniowa została sfinalizowana przez wspomnianego Davarusa Shores’a, któremu udało się wymanewrować między obrońcami Aniołów i wbiec w endzone. Piotr Gołacki po raz drugi dorzucił jedno “oczko”. Na przerwę gospodarze schodzili jednak z dwupunktowym prowadzeniem. Na dosłownie kilka sekund przed końcem pierwszej połowy 47-jardowa akcja podaniowa zakończyła się touchdownem Mateusza Freli. Po kopnięciu Tomasza Goździka na tablicy wyników pojawiło się 16:14.

Torunianie mieli na początku trzeciej kwarty szansę, by objąć prowadzenie. Gdy byli już blisko pola punktowego rywali, świetną akcją defensywną popisał się jednak Artur Kardaś. Zawodnik Olsztyn Lakers dopadł do rozgrywającego Angels i nie tylko powalił go na murawę, ale spowodował także fumble, samemu po chwili łapiąc upuszczoną przez Kersheya futbolówkę. Olsztynianie nie potrafili jednak ataku zakończyć zdobyciem przyłożenia. Podanie Przemysława Banata do Patryka Piechowskiego przechwycił bowiem Marek Kucharski i Anioły wróciły do ofensywy. Artur Kardaś w trzeciej kwarcie popisał się jeszcze jednym sackiem na rozgrywającym ekipy z Torunia. Tym razem pomógł mu także Kamil Polski. Najwięcej emocji futboliści dostarczyli nam jednak w ostatniej odsłonie tego starcia. W efekcie tragicznego w skutkach błędu przy snapie Lakers stracili piłkę na rzecz Radosława Zdrojkowskiego. Kardaś, który był jednym z najjaśniejszych punktów olsztyńskiej defensywy został ponadto wykluczony z meczu za atak kaskiem, a po chwili Anioły wyszły na sensacyjne prowadzenie. Nie udało się przyłożyć, jednak 37-jardowy field goal Tomasza Goździka wystarczył do objęcia skromnej, jednopunktowej przewagi. Kopacz gości, który występuje również w na pozycji defensive backa błysnął również chwilę później, kiedy Jeziorowcy chcieli ruszyć do odrabiania strat. Goździk zaliczył kolejne w tym sezonie interception po dalekim podaniu Przemysława Banata i torunianie mogli spokojnie rozegrać swój atak, będąc na prowadzeniu. Nie potrafili jednak “wypalić” czasu, co zemściło się w końcówce. Po stronie Lakers ponownie pokazał się Kamil Polski, powalając na murawę quarterbacka przyjezdnych. W obronie Angels błysnął natomiast Maciej Biesiadziński, który zanotował interception na połowie olsztynian. Najsłabszy zespół grupy B, w końcówce powiększył jeszcze swoją przewagę. “Przyłożeniowego hat-tricka” skompletował Mateusz Frela, po raz trzeci dzisiejszego dnia meldując się z piłką w polu punktowym, tym razem po 24-jardowej akcji podaniowej. Nie udało się jednak podwyższyć – kopnięcie Tomasza Goździka zostało zablokowane. Gdy na zegarze pozostała już niespełna minuta, Przemysław Banat posłał 35-jardowe podanie na lewe skrzydło do Patryka Piechowskiego, a ten zaliczył touchdown. Kopnął Piotr Gołacki, doprowadzając tym samym do remisu. Tego, co wydarzyło się później, nikt nie był jednak w stanie przewidzieć. Po kickoffie gospodarzy, defensywa z Torunia nie złapała piłki. Ta nie wpadła w pole punktowe, a zatrzymała się tuż przed nim i dopadł do niej jeden z graczy z Olsztyna. Jeziorowcy przeszli tym samym do ataku bardzo blisko endzone’u rywali, co po chwili zakończyło się przyłożeniem autorstwa Przemysława Banata. Podwyższenie Gołackiego na kilkanaście sekund przed końcem było już tylko formalnością, która ustaliła końcowy rezultat na 30:23.

Ze względu na okoliczności tego starcia, rewanż, którego świadkami będziemy 24 czerwca w Toruniu, zapowiada się niezwykle ciekawie. Dla Lakers, którzy dzisiejszym drugim w tym sezonie triumfem praktycznie zapewnili sobie utrzymanie w LFA1 będzie to ostatnie tegoroczne spotkanie. Angels wcześniej wyjadą jeszcze do Warszawy, gdzie 10 czerwca podejmą liderujących w grupie B Sharks. Dwa ostatnie mecze w tym sezonie powiedzą nam, czy Anioły zobaczymy w przyszłym roku na boiskach futbolowej elity. O utrzymanie muszą oni – nie bezpośrednio – walczyć z Wilkami Łódzkimi, które również nie odniosły jeszcze zwycięstwa w Lidze Futbolu Amerykańskiego. Przed łodzianami także jeszcze dwa starcia – z Patriotami Poznań i Rhinos Wyszków.

Mariusz Kańkowski
Biuro Prasowe LFA

Foto: Wyszkowiak