W szóstej kolejce Ligi Futbolu Amerykańskiego nie uniknęliśmy jednostronnych pojedynków, lecz nie zabrakło także emocjonujących rywalizacji. Po minionym weekendzie zadowoleni mogą być sympatycy Lowlanders Białystok, Patriotów Poznań, Tychy Falcons i Rzeszów Rockets.

Sobota, 28 kwietnia, godzina 12:00
LFA1
Lowlanders Białystok 58 – 0 AZS UWM Olsztyn Lakers

Wszystko zaczęło się tym razem na Podlasiu, gdzie przyjechali AZS UWM Olsztyn Lakers. Jeziorowcy byli niemal skazywani na porażkę, lecz trudno było przewidzieć, że obierze ona aż takie rozmiary. Lowlanders już w pierwszych minutach pokazali, że Luke’owi Zetazate nie będzie w tym meczu łatwo. Rozgrywający gości zderzył się ze “ścianą” liniowych Ludzi z Nizin. Już w drugiej akcji ofensywnej Damian Wesołowski zaliczył sack, a w kolejnej, po ataku Daniela Tarnawskiego, kanadyjski quarterback dopuścił się fumble i sprowadzony przed tym sezonem z Warsaw Eagles reprezentant Polski przejął futbolówkę. Białostoczanom brakowało wówczas zaledwie pięciu jardów do pola punktowego. Wynik po chwili otworzył więc Bartłomiej Trubaj, który również podwyższył za jeden punkt. Przyjezdni nie byli w stanie poważnie zagrozić obronie rywali, którzy bardzo szybko powrócili do ofensywy, lecz tylko na chwilę. Podanie będącego pod presją Ryana Kasdorfa znalazło się bowiem w rękach prawdziwego specjalisty od interceptions AZS UWM Olsztyn Lakers, Kamila Zbocha. Lakers chcieli skupiać się na grze dołem, gdzie wykorzystywany był Arkadiusz Kowalewski. Ich ataki zazwyczaj nie były nawet jednak w stanie przetransportować piłki nawet na połowę gospodarzy i oglądaliśmy i ich wykonaniu wiele puntów. Lowlanders natomiast nie mieli zamiaru marnować szans na przyłożenia. Prawie 80-jardowy bieg Mikołaja Pawlaczyka nie został w żaden sposób zatrzymany przez Jeziorowców i po kolejnym kopnięciu Trubaja podopieczni Johna Douglasa Harpera mogli cieszyć się z prowadzenia 14:0. W obronie faworytów sobotniej potyczki po raz kolejny w tym roku błyszczał Zachary Blair. Amerykanin okazał się jednym z najlepszych “importów” w naszej lidze i kontakt z nim nie należy do przyjemnych, o czym co chwila przekonywali się gracze z Warmii. Druga kwarta rozpoczęła się od 13-jardowej akcji podaniowej Kasdorfa i nieupilnowanego w endzone Tomasza Zubryckiego, co w połączeniu z celnym kopnięciem dało rezultat 21:0. Ta część meczu to istny pogrom ekipy z Olsztyna. Krótki bieg Krzysztofa Czaplejewicza dał przyłożenie, którego po raz pierwszy nie udało się podwyższyć. Zły snap i próba ratowania sytuacji biegiem Marcina Kaima nie dały punktów, lecz Lowlanders nie zamierzali się tym przejmować i nadal naciskali przeciwników. Robili to na tyle skutecznie, że goście w ofensywie dopuścili się kolejnego poważnego błędu. Nieporozumienie Luke’a Zetazate i Arkadiusza Kowalewskiego spowodowało, że piłka została wypuszczona z rąk rozgrywającego Lakers i najszybciej dopadł do niej Mateusz Dzioban, a że znajdował się w endzone, na konto Ludzi z Nizin powędrowało kolejnych sześć punktów. Jedno “oczko” dorzucił Bartłomiej Trubaj. Po 19-jardowej akcji podaniowej i przyłożeniu Tomasza Zubryckiego, oraz celnym podwyższeniu, pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 41:0.

Trzecia kwarta dla AZS UWM Olsztyn Lakers zakończyła się w najgorszy z możliwych sposobów. Piłkę po kickoffie złapał we własnym polu punktowym Marcin Kaim i manewrując między kilkoma rywalami, ostatecznie zdołał przedostać się aż do pola punktowego rywali, co było niewątpliwą ozdobą całego widowiska. Z racji faktu, że jeszcze przed przerwą w życie weszło “mercy rule”, a także na boisku nie zobaczyliśmy już takich zawodników jak choćby Mikołaj Pawlaczyk czy Konrad Mariański, drugie 24 minuty gry nie przyniosły tylu punktów, co pierwsza część meczu. I tak jednak odnotować musimy drugie tego dnia przyłożenie biegowe Krzysztofa Czaplejewicza. Podwyższył po raz kolejny Bartłomiej Trubaj. W ostatniej kwarcie goście mieli szansę, by chociaż nie przegrać do zera. Nie do pokonania była w sobotę jednak defensywa Lowlanders, która zdołała zablokować próbę kopnięcia z pola Piotra Gołackiego. Z biegiem czasu okazję do nabrania doświadczenia dostawało coraz więcej młodych graczy z Podlasia. Podobnie, jak w Wyszkowie, z dobrej strony pokazał się utalentowany running back Noel Graf. Młodzian zresztą zdołał zaliczyć swoje premierowe punkty w krajowej elicie, skutecznie wykonując 36-jardowego field goala w ostatniej akcji tego starcia. Spotkanie zakończyło się więc rezultatem 58:0, co jest najwyższą wygraną w dotychczasowej historii LFA.

Do tego meczu przygotowywaliśmy się jak do każdego innego, siła rywala nie ma tu wielkiego znaczenia. Wiedzieliśmy, że Lakers po wygranej z Rhinos są nieco “na fali” i muszę przyznać, że grali twardo, nie odpuszczając do samego końca i chcieli zdobyć punkty. Niestety dla nich, zatrzymywaliśmy akcje praktycznie na ich połowie. Jedna, dwie pierwsze próby i ich seria ofensywna szybko się kończyła. Nasza linia defensywna wywierała ogromną presję na Luke’u Zetazate i powodowała, że jego rzuty były szybkie i bardzo krótkie, lub piłka była rzucana gdzieś daleko i niecelnie. Udało nam się więc raczej wykonać gameplan tak, jak tego oczekiwaliśmy – ocenił po tym meczu linebacker Lowlanders Białystok Tomasz Żukowski.

Sobota, 28 kwietnia, godzina 17:00
LFA1
Wilki Łódzkie 21 – 38 Patrioci Poznań

Starcie łódzko-poznańskie miało wyłonić zespół z największymi problemami w grupie C. Pierwsza seria ofensywna Wilków nie przyniosła efektu, lecz nadzieję mógł dać przechwyt Mateusza Jasnowskiego. Po chwili jednak to samo oglądaliśmy po przeciwnej stronie, kiedy dogranie Damiana Waszczyka znalazło się w rękach Przemysława Szukały. Akcje punktowe rozpoczęły się dopiero po zmianie stron. Na początku drugiej kwarty około 70-jardowa akcja podaniowa przyniosła gościom touchdown Jana Budzińskiego. Podwyższył za jeden punkt Maurycy Wawrzyniak. Świetnie spisała się także formacja specjalna ekipy z Wielkopolski. Po udanym kickoffie piłką trafiony został jeden z graczy Wilków i Patrioci przeszli ponownie do ataku, zakończonego przyłożeniem. Swój piąty już touchdown w tym sezonie zaliczył Jan Budziński i po celnym kopnięciu Wawrzyniaka poznaniacy prowadzili 14:0. Wilki jeszcze przed zejściem do szatni zdołały wywalczyć kontaktowe przyłożenie, autorstwa Borysa Bednarka. Podwyższył za jeden punkt Damian Podczaski. Ubiegłoroczni wicemistrzowie PLFA2 chcieli w pierwszej połowie osiągnąć bezpieczne prowadzenie, w czym wielką rolę odegrała znakomita postawa Witolda Gajewskiego. Utalentowany rozgrywający po raz kolejny “obsłużył” celnym dalekim podaniem swojego kolegę, co dało podwyższenie wyniku. Tym razem adresatem podania był Maurycy Wawrzyniak, który zdołał także po chwili kopnąć za jedno “oczko”. Gospodarze pokazali, że również potrafią w piękny sposób zdobywać punkty. Ponad 60-jardowa akcja podaniowa Damiana Waszczyka i Dextera Russella Juniora przyniosła im drugi tego dnia touchdown. Po podwyższeniu Podczaskiego, końcowy rezultat pierwszej połowy został ustalony na 14:21, co zwiastowało jeszcze wiele emocji po przerwie. Młody Gajewski nie ustrzegł się jednak kilku błędów w starciu z Wilkami. Pod koniec drugiej kwarty sack na nim zanotował Rafał Zapart.

Patrioci w trzeciej kwarcie potwierdzili, że nie zamierzają się ograniczać tylko do akcji podaniowych. Touchdown zdobyli bowiem dzięki skutecznemu biegowi Tomasza Gajewskiego. Po stronie Wilków interception udało się w tej części gry zanotować jeszcze Julianowi Traczykowskiemu. W drugiej połowie coraz częściej na bieganie z piłką decydował się Damian Waszczyk i jedna z takich akcji przyniosła łodzianom przyłożenie na początku ostatniej odsłony meczu. Po kopnięciu Damiana Podczaskiego gospodarze znowu zbliżyli się do rywali na zaledwie siedem punktów. Przyjezdni nie chcieli utrzymywać się na dystans zaledwie jednego przyłożenia i po kilku minutach w czwartej próbie podjęli decyzję o kopaniu na bramkę. Do niespełna 30-jardowego field goala podszedł Maurycy Wawrzyniak, dając swoim kolegom i kibicom wiele radości. Mający 10-punktowe prowadzenie Patrioci w końcówce skorzystali jeszcze z błędu Wilków. Po fumble futbolówkę przechwycił defensor poznaniaków, którzy w końcówce czwartej kwarty “postawili kropkę nad i” przyłożeniem biegowym Maksymiliana Brzostka. Podwyższył bezbłędny sobotniego popołudnia Wawrzyniak, ustalając rezultat na 38:21 dla gości. Po interception Krzysztofa Koniecznego Patrioci Poznań mogli już wykonać victory formation i świętować drugie zwycięstwo w tym sezonie Ligi Futbolu Amerykańskiego.

Z Wilkami zagraliśmy twardy i emocjonujący mecz, który powinien się podobać zarówno graczom, jak i widzom na trybunach. Nie zabrakło efektownych uderzeń, długich podań oraz imponujących akcji biegowych po obu stronach. Kluczem do zwycięstwa była konsekwencja w wykonywaniu akcji ofensywnych, przesuwanie się jard po jardzie do przodu, oraz świetna dyspozycja formacji defensywnej, która skutecznie zatrzymywała akcje przeciwników. Nie uważam tego wyniku osobiście za niespodziankę, gdyż zawsze na boisko wychodzimy mając jeden cel – wygrać. Mecz z Rebels okazał się zimnym prysznicem, który obudził w nas sportowy gniew i chęć zwycięstwa. W następnej kolejce zagramy z Panthers Wrocław. Znamy ich siłę i szanujemy ich jako naszych przeciwników, ale nie mamy zamiaru odpuścić, ani zwątpić w nasz potencjał. Liczę, że znów dostarczymy kibicom ciekawe widowisko i nie będzie to tylko jednostronne show – z optymizmem patrzy w przyszłość zawodnik Patriotów Poznań, Mateusz Cieśliński.

Niedziela, 29 kwietnia, godzina 12:00
LFA1
Silesia Rebels 0 – 41 Tychy Falcons 

Niedzielę rozpoczęliśmy od Wielkich Derbów Śląska. Niestety, zabrakło w nich nieco emocjonującej rywalizacji i szybko na prowadzenie wyszli goście z Tychów. Około 70-jardowa akcja podaniowa zakończyła się przyłożeniem Grzegorza Dominika. Wreszcie pełnię swoich umiejętności mógł po stronie Sokołów pokazać młody amerykański rozgrywający Terrence Shambry. Rebelianci dawali się nabrać na jego udawane oddanie piłki do running backa, dzięki czemu w tej samej części spotkania, zdołał on posłać kolejne dalekie podanie, które tym razem na touchdown zamienił Zbigniew Szrejber. Gospodarze nie mogli natomiast liczyć na amerykańskie wsparcie na rozegraniu, co zrobiło sporą różnicę. Adrian Mazurek starał się pokazać z jak najlepszej strony, lecz zerowy dorobek ofensywy Rebels pokazuje, że efekty nie mogą być zadowalające. W ekipie Falcons świetnie ponownie pokazał się także drugi z zagranicznych graczy, Luis Rosado, który sprawiał ogromne problemy atakowi rywali, a powalać rozgrywającego gospodarzy potrafili jego koledzy z defensywy przyjezdnych. W drugiej kwarcie dzięki udanemu kilkujardowemu biegowi Arkadiusza Kanickiego i trzeciemu celnemu kopnięciu Krzysztofa Richtera tyszanie powiększyli swoją przewagę. Jednym z najlepszych graczy Falcons był w niedzielę zdecydowanie Grzegorz Dominik, który ustalił swoim przyłożeniem rezultat pierwszej połowy na 27:0 dla podopiecznych Michała Kołka. Gościom nie udało się bowiem podwyższyć. Kopnięcie Richtera ofiarnie zablokował Andrzej Gwóźdź. Końcówka drugiej kwarty przebiegała pod znakiem przechwytów. Interception zanotowali Patryk Kania po stronie gości i Devion Young w szeregach gospodarzy

Trzecia kwarta rozpoczęła się natomiast od interceptions Andrzeja Groździa i Luisa Rosado. Terrence Shambry zrehabilitował się jednak za niecelne dalekie podanie solowym biegiem, zakończonym w polu punktowym Rebeliantów. Podwyższył Richter, który ostatniej kwarcie ustalił końcowy rezultat na 41:0 dla Falcons, kopiąc także po touchdownie Arkadiusza Kanickiego.

– Spodziewaliśmy się, że mecz od samego początku będzie pod nasze dyktando. Rebels nie zaskoczyli nas w ataku, jak i w obronie. Przykre, że nie mogli wystawić najmocniejszego składu, ponieważ ich atak mocno na tym ucierpiał, natomiast w obronie ich import był sprawny, a pomimo to uzyskaliśmy szybko wysokie prowadzenie. Fakt, byli niepokonani, to zmotywowało nas bardzo, ponieważ chcieliśmy pokazać, że nie bez powodu jesteśmy klasę wyżej i to my jesteśmy najlepszą drużyną na Śląsku. Na pewno zwycięstwo nad dużo słabszym rywalem pomaga umocnić się w przekonaniu, że prezentujemy pewien poziom, ale nie osiadamy na laurach. Wiemy że mecze z Lowlanders, Seahawks i Panthers będą wymagały od nas jeszcze większej motywacji. Jednak skupiamy się na następnym meczu, tym razem będziemy musieli zmierzyć się z Wilkami, to solidna drużyna, jestem przekonany, że to będzie twardy mecz – skomentował derbową wygraną Daniel Jagodziński, ofensywny liniowy Tychy Falcons.

Niedziela, 29 kwietnia, godzina 15:00
LFA2
Rzeszów Rockets 30 – 19 Green Ducks Radom

Grupa wschodnia LFA2 z każdym kolejnym meczem udowadnia, że nie ma w niej faworytów. Rzeszów Rockets, którzy nie mogli uporać się wcześniej z Tytanami Lublin, tym razem pokonali przed własną publicznością Green Ducks Radom, co sprawia, że wszystkie trzy drużyny mają po dwóch rozegranych meczach jedno zwycięstwo. Niedzielny pojedynek nie zaczął się jednak dla Rakiet najlepiej – trzy nieudane próby w pierwszej kwarcie i próba wykonania field goala przyniosły sporą stratę jardów i posiadania piłki, spowodowaną złym snapem. W drugiej kwarcie jednak podobny, tyle że gorszy w skutkach błąd przydarzył się gościom. Radomianie także chcieli zdobyć trzy punkty kopnięciem z pola. Świetnie zachowali się jednak defensorzy z Podkarpacia, którzy nie tylko zdołali tę próbę zablokować, ale także potrafili wyjść na prowadzenie. Piłkę złapał bowiem Andrzej Szeliga i na tablicy widniał wynik 6:0. Próba podwyższenia za jeden punkt została zablokowana przez przyjezdnych. Warto wspomnieć, że na pozycji rozgrywającego od początku spotkania nie zobaczyliśmy w Rockets Austina Cartera, który zanotował bardzo słaby debiut w Lublinie. Jego miejsce w składzie zajął Mark Kwoka Jr i nie ustrzegł się on błędu, który kosztował rzeszowian utratę prowadzenia. Będąc blisko własnego pola punktowego, quarterback gospodarzy posłał futbolówkę wprost w ręce Sebastiana Wodnickiego, a temu nie pozostało nic innego, jak zanotować pick six. Minimalną przewagę Zielonym Kaczorom dało udane jednopunktowe podwyższenie. Jeszcze przed przerwą amerykański rozgrywający Rockets zameldował się jednak na murawie i to z jego podania skorzystał Jakub Stawicki – autor touchdownu na 12:6. Tym razem Rakiety chciały podwyższać za dwa, jednak i tym razem nie dało to oczekiwanego efektu. Andrzej Szeliga był niewątpliwie wyróżniającą się postacią defensywy gospodarzy. To on zdołał w drugiej kwarcie prócz przyłożenia, zaliczyć także interception. Rzeszowianie chwilę później skorzystali z posiadania piłki, akcją biegową Macieja Ślęzaka powiększając przewagę. Podwyższenia nie były zdecydowanie siłą ekipy z Podkarpacia, co mogło finalnie się na nich bardzo zemścić. W drugiej kwarcie kontaktowy touchdown po ponad 50-jardowej akcji podaniowej zanotował Przemysław Odzimek. Rozgrywający radomian, Ernest Seweryn po chwili był bliski dorzucenia dwóch punktów po próbie biegowej, lecz został on zatrzymany tuż przed polem punktowym Rockets. Sędzia po tej akcji zakończył pierwszą połowę, której wynik brzmiał 18:13.

W trzeciej kwarcie przyjezdni ruszyli do ataku. Wymuszali błędy na rywalach, których linia ofensywna nadal pozostawiała sporo do życzenia, choć zanotowała progres względem poprzedniego meczu. Zielone Kaczory zdołały wyjść na prowadzenie przyłożeniem biegowym Adriana Przybylskiego. Gdy kilka minut później Rockets dopuścili się fumble i piłkę przechwycił Artur Sroka, można było mieć wrażenie, że goście pójdą za ciosem, lecz niesieni dopingiem własnych kibiców rzeszowianie błyskawicznie wrócili do ataku. Akcja biegowa Błażeja Patynowskiego została zakończona potężnym uderzeniem defensora Rakiet, w wyniku którego poważnie ucierpiał gracz Green Ducks, wypuszczając jeszcze piłkę z rąk. Dopadł do niej jeden z gospodarzy i mogli oni ponownie budować swoje ataki. Jeśli Rockets mieliby komuś zawdzięczać niedzielne zwycięstwo, to z pewnością jednym z kandydatów byłby Andrzej Szeliga. Ich defensor w trzeciej kwarcie zanotował bowiem swoje drugie tego dnia interception. O jego świetnej dyspozycji niedzielnego popołudnia przekonała się także debiutująca w Lidze Futbolu Amerykańskiego Aleksandara Łukasiewicz, którą Szeliga powalił na murawę, samemu doznając przy tym drobnego urazu. Ostatnia kwarta przebiegała już zdecydowanie pod dyktando gospodarzy, którzy przecież przystępowali do niej przegrywając 18:19. Wreszcie odczuwalną różnicę potrafił zrobić Austin Carter, najpierw spektakularnym biegiem przybliżając Rakiety do pola punktowego, a następnie posyłając tam celne podanie, którego adresatem został Jakub Chlebica, co dało prowadzenie gospodarzom. To właśnie ten duet całkowicie odmienił losy meczu, bowiem w ostatniej kwarcie wykonali oni niemal bliźniaczą akcję, co ostatecznie pozbawiło Green Ducks marzeń o zwycięstwie. Rzeszów Rockets muszą jednak poważnie potrenować podwyższenia, gdyż w tym sezonie jeszcze żadna ich próba tego elementu gry nie przyniosła skutku, co jednak nie przeszkodziło im w wywalczeniu pierwszego, historycznego triumfu w rozgrywkach LFA2. Na końcówkę na pozycję rozgrywającego radomian wrócił Ernest Seweryn, który pozwolił jeszcze Tomaszowi Tabace i Pawłowi Ciupakowi na popisanie się interception, co już całkowicie podcięło skrzydła pogodzonym z pierwszą w tym sezonie porażką przyjezdnym. Przechwyt na pocieszenie udało się także zaliczyć graczowi gości, Cezaremu Głowackiemu. W grupie A LFA2 po 1/3 sezonu zasadniczego każda z drużyn ma więc niemal identyczne szanse na awans do play-offów, ponieważ wszystkie legitymują się bilansem 1-1.

Mariusz Kańkowski 
Biuro Prasowe LFA