Piąty tydzień zmagań w Lidze Futbolu Amerykańskiego już za nami. Nie zabrakło efektownych akcji, trybun wypełnionych kibicami i emocji do ostatnich sekund. Po tym owocnym weekendzie szczęśliwi mogą być kibice Panthers Wrocław, Watahy Zielona Góra, Towers Opole, Olsztyn Lakers i Seahawks Gdynia.

Sobota, 21 kwietnia
LFA 1
Kraków Kings 0 – 48 Panthers Wrocław

Kolejka rozpoczęła się w Krakowie, gdzie tamtejsi Kings podejmowali mistrzów Polski, Panthers Wrocław. Skazywani na “pożarcie” przez Pantery gospodarze rozpoczęli obiecująco, od przechwycenia piłki przez Dominika Jandę blisko własnego pola punktowego. W ofensywie Królowie nie potrafili jednak zaskoczyć najlepszej polskiej drużyny ostatnich lat. Przez błąd podczas wznowienia akcji, piłki nie opanował Filip Mościcki, a ta znalazła się w rękach Kamila Ruty. Reprezentant Polski nie zdołał zanotować przyłożenia, lecz znacznie przybliżył swoją drużynę do endzone’u rywali. Po chwili sprawy w swoje ręce wziął Timothy Morovick, który akcją biegową zapewnił gościom prowadzenie. Z uwagi na kontuzję, jakiej doznał w pierwszej ligowej kolejce Adam Nelip, za jeden punkt podwyższył zazwyczaj rezerwowy kopacz Panthers, Dawid Pańczyszyn. W pierwszej części meczu przyjezdnym udało się zaliczyć tylko jeden touchdown, co mogło dawać im nadzieję na walkę w kolejnych odsłonach tego spotkania. Mieli również sporo szczęścia z uwagi na fakt, iż przyłożenie Krzysztofa Wisa po pick six z drugiej kwarty nie zostało zaliczone przez sędziów, podobnie jak bieg w pole punktowe Morovicka. Panthers nie zamierzali się jednak przejmować własnymi przewinieniami i konsekwentnie dążyli do zwiększenia prowadzenia. Udało się to za sprawą akcji podaniowej sfinalizowanej przez Tomasza Dziedzica. Tym razem Pańczyszyn nie podwyższył. Gospodarzy przed utratą jednego punktu uchronił efektowną interwencją Jarosław Satkowski, który zablokował kopnięcie doświadczonego gracza z Wrocławia. Ofensywna postawa Kings zależała w dużej mierze od Filipa Mościckiego, który nie do końca spełnił oczekiwania kibiców. Po jego niecelnym podaniu futbolówkę przechwycił Mateusz Szefler i zameldował się w polu punktowym. Goście z Dolnego Śląska zeszli do szatni prowadząc 27:0. Drugi w tym starciu touchdown, tym razem po ponad 50-jardowym podaniu Morovicka zanotował Tomasz Dziedzic, a po raz trzeci tego dnia nie pomylił się Pańczyszyn.

W trzeciej kwarcie za stratę piłki z początku meczu zrehabilitował się przyłożeniem biegowym Konrad Starczewski. Bezradni w ataku gospodarze po kilku minutach ponownie oddali futbolówkę w ręce rywali. Tym razem interception zanotował Marcin Gawroniak, a już w następnej akcji jeden z najnowszych nabytków Panthers, Kamil Kwiatkowski popisał się swoim pierwszym przyłożeniem w nowych barwach. Ostatni cios krakowianom zadał na początku czwartej kwarty Bartosz Dziedzic, który złapał podanie Jana Wawrzyniaka. Podwyższenie Pańczyszyna ustaliło rezultat na 48:0 dla mistrzów Polski, a w ostatnich minutach swoje indywidualne statystyki poprawił jeszcze Grzegorz Lary, notując interception.

Sobota, 21 kwietnia
LFA 2

Wataha Zielona Góra 20 – 13 Bielawa Owls

Sezon 2018 został w sobotę uroczyście zainaugurowany w Zielonej Górze, gdzie na nowym futbolowym stadionie premierowy mecz na drugim poziomie rozgrywkowym Ligi Futbolu Amerykańskiego rozegrała Wataha. Zielonogórzanie mierzyli się z ekipą Bielawa Owls, która słynie ze szkolenia młodych adeptów futbolu, o czym najlepiej świadczy zeszłoroczne mistrzostwo Polski juniorów. Goście z Dolnego Śląska potwierdzili to zresztą w drugiej kwarcie. Do pola punktowego rywali efektownym biegiem przybliżył ich najpierw młody Oskar Wypych, a po chwili przyłożenie po akcji podaniowej zanotował Michał Droszczak. Wypych również celnie podwyższył za jeden punkt. Utalentowany futbolista z Bielawy jeszcze przed przerwą zdołał powiększyć prowadzenie swojej ekipy po długiej akcji podaniowej. Jego kopnięcie tym razem nie przyniosło rezultatu, ale i tak to przyjezdni po dwóch kwartach opuszczali murawę prowadząc 13:0.

Grający trener Krystian Wójcik w przerwie musiał wstrząsnąć swoimi podopiecznymi, ponieważ w drugiej połowie ruszyli oni do ataku. To właśnie Wójcik dał zresztą przykład swoim graczom, notując kontaktowy touchdown. Znakomitą pracę wykonała tego dnia formacja specjalna Watahy. Po zdobytym przyłożeniu, kickoff został – zresztą po raz drugi tego dnia – wykonany w taki sposób, że piłka wróciła w ręce gospodarzy. Drugi raz udało się zielonogórzanom przebić w endzone przeciwnika w ostatniej kwarcie. Tym razem akcję biegową wykonał Miłosz Krysik. Podopieczni Krystiana Wójcika nie potrafili skutecznie egzekwować dwupunktowych podwyższeń, przez co przegrywali oni minimalnie, 12:13. Czas mijał, piłkę mieli Owls, którzy jednak nie potrafili po raz trzeci przeprowadzić akcji punktowej. Defensywa Watahy postawiła Sowom twarde warunki, a atak na ich szczęście także nie zawiódł. Gdy na zegarze pozostało już tylko kilkanaście sekund gry, a zespół z Zielonej Góry potrzebował zaledwie jednego jarda do upragnionego przyłożenia. Próbę przebicia się w endzone podjął wówczas rozgrywający gospodarzy, Patryk Wójcik, co ku uciesze kibiców okazało się trafioną decyzją i udało się wywalczyć prowadzenie. Owls “dobił” jeszcze dwupunktowym podwyższeniem Miłosz Krysik, ustalając tym samym rezultat tego trzymającego do ostatnich akcji w napięciu widowiska na 20:13.

Ogromne wsparcie kibiców, szczególnie w czwartej kwarcie, dało nam dodatkowe “paliwo”, kiedy musieliśmy gonić wynik. Rywali zjadł chyba wtedy trochę stres, nasi kibice tak głośno nas dopingowali, że widać aż było zagubienie zawodników z Bielawy, którzy nie wiedzieli, co robić na linii. Dla nas było to wspaniałe doświadczenie, wielka ulga, że po tym słabszym początku, podnieśliśmy się w drugiej połowie i zwyciężyliśmy w naszym debiutanckim meczu. Mówiłem naszym chłopakom, że wygrywając ten mecz, będziemy już praktycznie w walce o play-offy, sezon jest bowiem bardzo krótki i każde spotkanie jest szalenie ważne, aby walczyć o mistrzostwo – powiedział dumny ze swoich kolegów, a zarazem podopiecznych, Krystian Wójcik, grający trener Watahy Zielona Góra.

Niedziela, 22 kwietnia
LFA 1
AZS UWM Olsztyn Lakers 28 – 7 Rhinos Wyszków

Zespół ze stolicy Warmii był żądny rewanżu nad Nosorożcami z Wyszkowa po tym, jak w połowie marca Jeziorowcy przegrali 21:27. Niedzielne starcie miało jednak zupełnie inny przebieg. Już od pierwszych minut to gospodarze przejęli inicjatywę, bardzo szybko wychodząc na prowadzenie po około 25-jardowej akcji podaniowej. Luke Zetazate wypatrzył Krzysztofa Bartwickiego, który zaliczył przyłożenie dla Lakers. W tej samej części meczu drugi cios zadali olsztynianie, tym razem za sprawą touchdownu Patryka Piechowskiego. Pierwsza kwarta niemal ustawiła los tego pojedynku. Z konieczności na pozycji rozgrywającego w Rhinos po raz drugi w tym sezonie zobaczyliśmy Bartosza Szymańskiego, który nie poradził sobie z presją przeciwników i wypuścił piłkę z rąk. Błyskawicznie podniósł ją Davarus Shores, który tym samym uczcił dzień swoich 26. urodzin zdobyciem przyłożenia po długiej akcji powrotnej. Trzecie tego dnia celne kopnięcie Piotra Gołackiego sprawiło, że gospodarze prowadzili już 21:0.

W drugiej połowie gra nieco się wyrównała i nie byliśmy świadkami pogromu. Zmiana rozgrywającego i przesunięcie Bartosza Szymańskiego na pozycję running backa “ożywiły” poczynania ofensywne przyjezdnych. To jednak Lakers zdołali zanotować kolejny touchdown. W trzeciej kwarcie do gry wrócił Patryk Piechowski, który swój występ przed przerwą zakończył już w końcówce pierwszej kwarty po tym, jak dostał potężny cios w lewą rękę. Uraz nie okazał się jednak groźny, dzięki czemu wide receiver olsztynian mógł cieszyć się ze swojego drugiego przyłożenia. Gościom gra podaniowa w niedzielę zupełnie nie wychodziła, wobec czego interception w przeciągu całego meczu notowali Dominik Januszko i Kamil Zboch, a kilkoma sackami popisał się Arkadiusz Młynarski. Mniej błędów popełniał Zetazate, lecz po jednym przechwycie po stronie gości mieli Kamil Staszewski i Rahjeir Miles. Nosorożce uratowały w ostatniej kwarcie swój honor. Przyłożenie po 20-jardowej akcji biegowej miał Bartosz Szymański, a jeden punkt dorzucił Michał Berbeć, co sprawiło, że ostatecznie gospodarze odnieśli zwycięstwo 28:7.

Byliśmy do tego meczu nastawieni bardzo bojowo. Nie ma co ukrywać – z Rhinos odeszło dwóch kluczowych graczy, osłabiając zarówno atak, jak i obronę. Do defensywy sprowadzili co prawda nowego zawodnika, ale był to jego debiut i nie jest on tak efektywny. W tym mieliśmy więc dużą przewagę, bo na pozycji rozgrywającego mieli na pewno słabszego zawodnika, niż w poprzednim starciu z nami, dlatego wynik tego meczu mógł być tylko jeden, czyli nasze zwycięstwo. Przyznaję, że druga połowa była trochę słabsza w naszym wykonaniu. W tym sezonie zawsze to po przerwie nadrabialiśmy straty, tym razem było inaczej. Od początku meczu szliśmy jak burza, a w drugiej połowie ostudziliśmy nieco tempo, zmieniliśmy zmęczonych zawodników z pierwszej linii defensywy. Rhinos udało się zdobyć jedno przyłożenie, ale nic poza tym i to my cieszymy się ze zwycięstwa – ocenił wyróżniający się gracz formacji obrony AZS UWM Olsztyn Lakers, Arkadiusz Młynarski.

Niedziela, 22 kwietnia
LFA1
Angels Toruń 0 – 42 Seahawks Gdynia

W potyczce Aniołów z Jastrzębiami absolutnie nikt nie spodziewał się wyrównanego starcia. Gdynianie zresztą błyskawicznie potwierdzili spekulacje kibiców, wychodząc na prowadzenie po kilkunastojardowej akcji biegowej wychowanka Angels, Jakuba Mazana. Zgodnie z przewidywaniami, atak torunian nie był w stanie zagrozić Seahawks. Słabo spisała się również formacja specjalna, dzięki czemu po zablokowanym odkopnięciu Tomasza Goździka, piłkę przechwycił Dariusz Ankiewicz i wicemistrzowie Polski przeszli do ataku na 15. jardzie od pola punktowego rywali. Nie minęło wiele czasu, a z przyłożenia cieszył się Paweł Fabich. Druga kwarta rozpoczęła się od ponad 20-jardowej akcji biegowej Szymona Syposza, który mimo ataków kilku rywali twardo trzymał się na nogach, nie dając się powalić. Jeszcze przed przerwą gościom udała się kolejna akcja biegowa, tym razem w wykonaniu Dariusza Peplińskiego. Czwarte tego dnia celne podwyższenie Przemysława Portalskiego zmieniło wynik na 28:0 dla Seahawks.

W drugiej połowie przyjezdni nie zamierzali okazywać wielkiej litości Angels. Swoje drugie przyłożenie zaliczył po akcji podaniowej Paweł Fabich. W ostatniej kwarcie szansę na odpoczynek dostał podstawowy rozgrywający gości, Joseph Bradley, co jednak nie przeszkodziło podopiecznym Macieja Cetnerowskiego w zanotowaniu kolejnego touchdownu. Bieg młodego Miłosza Góralskiego zwiększył prowadzenie Jastrzębi, a celne podwyższenie Portalskiego ustaliło końcowy rezultat na 42:0 dla ekipy z Gdyni.

Niedziela, 22 kwietnia
LFA 2

Towers Opole 55 – 7 Thunder Lions

Po fuzji dwóch opolskich klubów, sezon LFA 2 w niedzielę zainaugurowali Towers. Mierzyli się oni z inną mieszanką – połączeniem Rybnik Thunders z Gliwice Lions. I to właśnie Thunder Lions perfekcyjnie weszli w mecz. W ich pierwszej serii ofensywnej podanie Grzegorza Kozuba znalazło się w rękach Łukasza Dudzika. Skrzydłowy gości z pomocą swoich kolegów zdołał uniknąć kontaktu z rywalami i po przebiegnięciu połowy boiska, zameldował się w polu punktowym. Piłka po kopnięciu za jeden punkt znalazła drogę między słupki, lecz jak się później okazało, były to “miłe złego początki”. Jan Szwej złapał piłkę po kickoffie na 15. jardzie własnej połowy i swój bieg zakończył dopiero w endzone przeciwników. Ten sam zawodnik podwyższył za dwa “oczka” i opolanie wyszli na prowadzenie, którego nie oddali już do końcowego gwizdka. Rozgrywający ze Śląska nie miał tego dnia łatwego życia. W pierwszej kwarcie sack na nim udało się zaliczyć Tomaszowi Biernackiemu. Przyjezdny jeszcze przed zmianą stron mieli szansę, by wrócić na prowadzenie. 36-jardowy field goal nie udał się jednak Marcinowi Jankowskiemu i Thunder Lions nadal musieli “gonić wynik”. Znakomicie w pierwszej kwarcie prezentował się Jan Szwej. Biegacz Towers pokonał niemal dokładnie pół boiska i po raz trzeci znalazł się z piłką w polu punktowym przeciwników. Tym razem nie udało się jednak sfinalizować próby dwupunktowej konwersji. Autorem kolejnego touchdownu dla opolan został nie kto inny jak… Jan Szwej, który popisał się 80-jardową akcją biegową. Za dwa podwyższył solowym biegiem rozgrywający Konrad Rodak. Indywidualne statystyki mogli śrubować w tym starciu także defensorzy. Bartłomiej Olchawa zapisał na swoim koncie interception i znacznie przybliżył gospodarzy do pola punktowego, co na początku drugiej kwarty skończyło się przyłożeniem po 15-jardowym biegu Konrada Rodaka. Próba podwyższenia w wykonaniu quarterbacka gospodarzy skończyła się fiaskiem. Zatrzymał go opolanin występujący w barwach Thunder Lions, Grzegorz Rutkowski. Towers było jednak wciąż mało. Jeszcze przed zejściem do szatni zdołali oni wymusić fumble na biegaczu rywali, z czego skorzystał Piotr Rakowski, który przechwycił futbolówkę i został zatrzymany dopiero w redzone ekipy ze Śląska. Tym razem skutek przyniosła także akcja podaniowa – Krzysztof Pacan złapał piłkę w polu punktowym, a Jan Szwej podwyższył za dwa. Pierwsza połowa zakończyła się spektakularnym 41:7. Jeszcze jedna akcja podaniowa przyniosła touchdown Kamila Kozłowskiego, a punkt dorzucił po podwyższeniu kopnięciem Mateusz Majewski. W końcówce drugiej kwarty sackiem na Grzegorzu Kozubie popisał się jeszcze Szymon Grzebieniak, a chwilę później gospodarze popełnili jeden z niewielu poważniejszych błędów tego dnia i przez nieporozumienie w ataku i fumble, do ofensywy przeszli Thunder Lions. Obrona Wież okazała się jednak nie do przejścia.

Niesamowicie prezentował się w ataku gospodarzy Jan Szwej. Jego daleki bieg przybliżył podopiecznych Tima Bishopa pod pole punktowe gości, a “kropkę nad i” postawił krótką akcją biegową Marek Konieczny. Mateusz Majewski chciał po raz drugi spróbować podwyższenia za jedno “oczko”, lecz po nieudanym snapie nie miał na to za wiele czasu. Próbę ratowania sytuacji przypłacił jeszcze urazem. Obiecujący debiut w ekipie Towers zanotował reprezentant Maroka Haytam Fadel. I jemu udało się przechwycić podanie Grzegorza Kozuba. Marek Konieczny w tej samej części spotkania po raz drugi zapisał na swoim koncie touchdown po kilkujardowym biegu i jak się później okazało, ustalił on tym samym końcowy rezultat na 53:7. W ostatniej kwarcie interception padło jeszcze łupem Pawła Rodaka.

Mariusz Kańkowski
Biuro Prasowe LFA